niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział Dwudziesty szósty

- Danielle, musimy jechać. - usłyszałam krzyk Lou.
- Idę! - odkrzyknęłam zbiegając na dół zakładając buty. [KLIK]
 - Dani, musisz jechać? - spytała Nona płacząc.
- Skarbie chodź tu do mnie. - rozłożyłam ramiona a mała się we mnie wtuliła.
- Przyjadę do ciebie. Obiecuję. - powiedziałam całując ją w czoło.
- Kocham cię. - powiedziała.
- Ja ciebie też myszko. Idź pożegnaj się z Louisem. - powiedziałam a ona od razu do niego podbiegła.
- Pa babciu. - powiedziałam przytulając ją.
- Pa skarbie, bądź grzeczna i dzwoń do nas na tym skajpie.
- Na pewno będę. - odpowiedziałam. Założyłam babci skype, żebym mogła się z nimi kontaktować. Co prawda są telefony ale to nie jest to co zobaczenie ich. Przynajmniej na ekranie.
Po pożegnaniu i zapakowaniu bagaży do samochodu Richarda, pojechaliśmy na lotnisko.
- Jak ja nienawidzę korków. - marudziłam.
- Ej, jeszcze chwila i będziemy. - pocieszał mnie Louis.
Mam nadzieję że zaraz będziemy bo zaraz zwariuję.
- Długo jeszcze? - spytałam po 3 minutach.
- Jeszcze 20 minut. Wytrzymaj. - odpowiedział Richard.
Tak jak obiecał Richard, po 20 minutach byliśmy już pod lotniskiem. Zostało nam 30 minut do odlotu samolotu a jeszcze odprawa i sprawdzanie wszystkiego. Pożegnaliśmy się z Richardem i ruszyliśmy oddać bagaże.
- W końcu. - westchnęłam opadając na fotel samolotowy.
- Jeszcze tylko 8 godzin i 2 dojazdu i będziemy w domu. - powiedział śmiejąc się.
- O boże. Czemu Ameryka jest tak daleko od Europy? - jęknęłam.
- Mnie się nie pytaj. - zaśmiał się a przed nami stanęła stewardessa, pokazująca instrukcję zapięcia pasów i innych na co przewróciłam oczami. Jak ja tego nienawidzę.
Na szczęście już po 10 minutach, mogliśmy startować. Wszyscy mówią że wzbijanie się w górę czy lądowanie, jest straszne. Dla mnie jest to bzdurą. Mnie takie coś jest fajne, przyjemne.
- Wstań. - powiedział Lou, popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Co?
- No po prostu wstań. - powiedział a ja odpięłam pas wstając. Louis przesiadł się tam gdzie ja wcześniej siedziałam i pociągnął mnie na swoje kolana.
- Zrobimy sobie selfie. - powiedziałam wyciągając telefon.
- Nie, ja nie robię sobie zdjęć.
- No Lou... nie bądź taki.
-Nie Danielle, schowaj ten telefon.
- Ale...
- Po prostu go schowaj. - powiedział a ja wykonałam jego polecenie. Lou podniósł mój podbródek całując mnie. Uśmiechnęłam się lekko.
Oparłam głowę o klatkę Lou i zaczęłam bawić się jego palcami. W pewnym momencie, zasnęłam.
Obudziły mnie różne krzyki. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Louisa kłócącego się z jakimś chłopakiem. Stewardessy próbowały ich rozdzielić ale na marne. Gdy wstawałam z fotela, Lou zadał cios blondynowi a ten zatoczył się.
- Co tu się dzieje? - spytałam ciągnąc Louisa za rękaw.
- Pieprzony szmaciarz. - warknął.
- Lou! Co się stało ? Dlaczego go uderzyłeś?! - krzyknęłam.
- Bo jest szmaciarzem.
- Popatrz na mnie. - powiedziałam stając na przeciwko niego.
- Uspokój się. - powiedziałam kciukami masując jego policzki.
Oglądnęłam się i zobaczyłam że blondyn zniknął.
- Wróćmy na nasze miejsca. - powiedziałam a on mocno mnie objął.
- Powiesz mi co się stało? - powiedziałam siadając mu na kolanach.
- Nic.
- Jak nic? Za nic to chyba byś go nie uderzył.
- Kurwa, ten jebany debil, pytał się czy sprzedam mu ciebie. W dodatku mówił że jesteś dziwką. Musiałem zareagować, tak? -podniósł głos. On mnie bronił.
- Jesteś kochany. - powiedziałam całując go. - Ile zostało do końca lotu? - spytałam.
- Jeszcze 3 godziny. - powiedział wtulając się we mnie.
- Proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania. - blond włosa zaczęła budzić ludzi w tym mnie.
Przesiadłam się na drugi fotel czym obudziłam Lou.
- Co? Czemu się przesiadłaś? - spytał marszcząc brwi.
- Prosimy zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania. - głos z głośników wyręczył mnie.
- O nasze walizki! - krzyknęłam po 10 minutach szukania ich.
- W końcu. - westchnął biorąc moją i swoją torbę.
- Daj. - powiedziałam zabierając mu moją własność.
- Nie, daj.
- Nie wygłupiaj się, nie musisz udawać gentlemana. - zmarszczył brwi na moje słowa, widocznie ich nie rozumiejąc. Resztę drogi do postoju taksówek nie rozmawialiśmy. Pewnie zastanawiał się nad tym dlaczego powiedziałam że nie musi udawać gentlemana. Nom, cóż może dlatego że jest w gangu i zabija ludzi? Jak ktoś, kto jest w gangu może być gentlemanem? Raczej nie pyta się ludzi czy może ich zabić.
Wsiedliśmy do taksówki ładnie witając się ze starszym panem. Przynajmniej ja. Po podaniu adresu, odjechaliśmy.
Trasa z lotniska do domu Lou, trwała dwie i pół godziny, a wszystko przez te głupie korki. Więc gdy przyjechaliśmy była 04:38.
Po cichu weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do jego pokoju.
- Idź się umyć. Łazienka jest tu. - powiedział pokazując na drzwi w jego pokoju. Podeszłam do walizki wyciągając wszystkie potrzebne mi rzeczy i udałam się do łazienki.
Zrobiłam wszystkie czynności które miałam zrobić i z powrotem weszłam do pokoju.
- Możesz już iść. - powiedziałam.
- Połóż już się do łóżka, zaraz przyjdę. - powiedział a ja skinęłam głową.
Położyłam się do łóżka, odpływając.

------------

jest 26 ;) dziękuje m za wszystkie komentarze pod tamtym rozdziałem ;)

2 komentarze:

  1. A wiec od jutra mnie nie będzie w świcie z internetem, wiec nie wiem jak wytrzymam. Dodatkowo mecz Argentyny i Niemiec mnie zdenerwował. Dzięki tobie wrócił mi dobry humor. Kocham czytać twoje opowiadanie. A Louis zachował się słodko. Rozdział mega, czekam na next. Buziaczki i weny :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wytrzymasz ;) mnie też zdenerwował, Argentyna powinna wygrać.... cieszę się że poprawiłam ci humor. <3333

      Usuń