poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział Czternasty

- Gdzie ty mnie do cholery prowadzisz. - spytałam gdy przechodziliśmy przez trawę sięgającą mi prawie do ramion a jemu TYLKO do łokci. Jak to do cholery możliwe?
- Zobaczysz, jeszcze tylko troszkę. A tak w ogóle to słodko wyglądasz w tej trawie. - puścił mi oczko na co pokazałam mu język.
Gdy kolejny raz się potknęłam, Louis wziął mnie na barana.



Przez kolejne 5 minut szliśmy,
(a raczej on szedł, ponieważ ja dalej siedziałam na jego plecach) w tylko jemu znaną stronę.
- Jesteśmy. - powiedział gdy doszliśmy do polany.
- Tu jest pięknie. - powiedziałam rozglądając się wokół, gdy tylko stopami dotknęłam ziemi. Na bardzo dużej przestrzeni, rosły kwiaty różnego rodzaju. Z prawej strony, znajdowało się urwisko, skąd było widać panoramę Londynu. Wszystko to dopełniał wielki dąb znajdujący się na środku. Trawa wyglądała jakby kilka dni temu ją skoszono. Miejsce to było tak jakby, magiczne. Było tu coś takiego że nie mogłaś się napatrzeć.
- Przychodzę tu, kiedy mam problem. - poczułam ręce na mojej talii.
- Masz teraz jakiś problem że tu przyszliśmy? - przegryzłam niepewnie wargę.
- Zawsze jakiś problem się znajdzie,ale tym razem nie przyszedłem tu z problemem. - wymruczał mi do ucha na co mnie przeszły całkiem przyjemne ciarki.
- A z czym? - przylgnęłam plecami do jego torsu.
-Z piękną dziewczyną, z którą mam zamiar spędzić miły dzień.
- Chętnie ją poznam.
- Chodź, pokażę ci coś. - powiedział i pociągnął mnie w stronę naprawdę wielkiego dębu.
Jego średnica miała około metr.
- No chodź. - powiedział gdy patrzyłam niepewnie na deski przymocowane do drzewa, po których on sam się wspinał.
- Ok. - powiedziałam chwytając za szczebelek. Gdy spojrzałam w górę zobaczyłam że deski urywają się na wysokości około 4 metrów nad ziemią.  Weszliśmy do końca po czym Louis zniknął w drzewie. Dosłownie mówiąc. W drzewie była wycięta dziura do której on wszedł. Coś w stylu dziupli tyle że bardzo duża.
- Chodź, chodź. - wychylił głowę a ja weszłam do środka.
- Wow. - powiedziałam wchodząc do środka. Było tam przytulnie. Już wiem dlaczego w to miejsce Louis przychodzi.
- Zrobiłem to w wieku 16 lat. Byłem wtedy bardzo wkurzony, Mark kazał mi wyciąć kilka drzew. Nie mogłem za nic znaleźć tego miejsca gdzie miałem zrobić wycinkę. Chodziłem z jakąś godzinę po czym znalazłem miejsce w którym stały tylko dwa drzewa a reszta była porośnięta trawą.
Porąbałem to małe i przybiłem kawałki do tego dębu i wyciąłem w nim dziurę.
Na następny dzień urządziłem tu  i teraz tu przychodzę. - opowiedział gdy ja się rozglądałam.
Louis miał naprawdę ciężkie życie. Stracił ojca, w dodatku wpadł w to gówno czyli jego "pracę".
- Gdy miałam 10 lat, przeprowadziłam się z rodzicami z Los Angeles do Londynu. Dwa lata później na świat przyszła Nona. Wszystko było okej. Nie miałam nigdy dużych kłótni z rodzicami. Zawsze się dogadywaliśmy. Miałam dobre oceny, nie piłam, nie paliłam, w sumie dalej tego nie robię.
Jakiś rok temu, rodzice zaczęli na wszystko narzekać. Cokolwiek bym nie zrobiła, wszystko było źle. Nawet doszło do tego że powiedzieli mi że źle włożyłam talerz do zmywarki.

Po skończonym obiedzie, który ugotowałam bo rodziców nie było w domu, 
zabrałam talerz mój i Nony po czym umieściłam go w zmywarce.
Następnie ruszyłam do salonu gdzie Nona chciała pobawić się lalkami. 
Bawiłyśmy się a po godzinie drzwi otworzyły się i do środka weszli nasi rodzice.
Po krótkim wymienieniu powitania, skierowali się do kuchni w celu zjedzenia czegoś.
Położyłam się z powrotem na dywanie i udawałam głos lalki barbie, rozbawiając przy tym siostrę.
- Teraz ja! - krzyknęła i sama zaczęła udawać że to jej lalka mówi.
- Danielle! Do kuchni! - usłyszałam surowy głos mamy. 
Poprosiłam Nonę aby poczekała po czym ruszyłam do kuchni.
- Co to ma być? - tata pokazał na zmywarkę i znajdujące się w niej talerze. 

- Co? Zmywarka, zapełniłam ją bo wszystko stało w zlewie. - powiedziałam niepewnie, nie rozumiejąc o co chodzi? Miałam jej nie zapełniać? Mogli powiedzieć.
- Ten talerz! Jest w ogóle źle włożony. Masz szlaban na dwa dni! - krzyknęła.
- Co?! Dajesz mi szlaban za to że talerz jest źle włożony? 
- Nie pyskuj! - krzyknął tata. - Marsz do pokoju! 
- Jesteście nienormalni! - krzyknęłam i udałam się do pokoju, trzaskając drzwiami.

Przypominając sobie sytuację, łzy pojawiły się w moich oczach.
- Później było jeszcze gorzej. - powiedziałam a po moich policzkach spłynęły łzy.
- Nie musisz mówić. - Louis owinął swoje ramiona w okół mnie.
- Nie, t mi powiedziałeś, chcę ci powiedzieć.- powiedziałam. - Pamiętasz jak pierwszy raz się spotkaliśmy? W windzie? Gdy nazwałeś mnie dziwką z dzieckiem? - spytałam patrząc na niego. On niepewnie skinął głową.
- Wtedy, popołudniu siedziałam z Noną w domu, czytałam książkę a Nona rysowała. W pewnym momencie, Nona podeszła do mikrofalówki i patrzyła się w nią. Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi.
Podeszłam do niej a ona powiedziała że to od jakiegoś czasu piszczy. Popatrzyłam tam gdzie powinna być godzina. Numerki zmieniały się pokazując cały czas mniej czasu. Widziałam takie coś podobne na filmie, wiec domyśliłam się że jest to bomba. Miałam tylko 10 minut. Spakowałam na szybko, najpotrzebniejsze rzeczy po czym biorąc siostrę na ręce, wybiegłam z domu. Próbowałam się do nich dodzwonić ale oboje zmienili numer. Wtedy byłam na 100% pewna że to oni. Że oni chcieli nas... zabić. Najpierw pojechałam do hotelu a teraz mieszkam u Kelsey. Przyjechała do nas moja babcia prosto z Los Angeles żeby nam pomóc. - potok słów wyleciał z moich ust.
- Już, wszystko jest dobrze. Jesteś tu ze mną. Nic ci się już nie stanie. Nie pozwolę żeby ktoś cię skrzywdził. - Louis powtarzał trzymając mnie w swoich ramionach. U niego czułam się bezpiecznie. Czułam że jak będę z nim przebywać, nikt ani nic, nie będzie mogło mnie skrzywdzić. On mnie obroni.



Kelsey POV

Szliśmy przez tłum ludzi w wesołym miasteczku. Kurczowo trzymałam jego ręki, bojąc się że gdy tylko go puszczę, zgubię się. Liam zaciągnął mnie na London Eye, skąd był piękny widok. Zrobiłam pełno zdjęć, głównie mi i Liamowi na tle panoramy Londynu.
- Chodźmy do domu strachów. - powiedział ustawiając się w kolejce po bilety.
- Nie, tam jest strasznie. - powiedziałam.
- Będzie fajnie. - powiedział szeroko się uśmiechając.
- Pod jednym warunkiem, będziesz mnie mocno trzymał. - powiedziałam śmiertelnie poważnie.
- Jasne. - powiedział krztusząc się śmiechem.
- Ja mówię poważnie! - uderzyłam go lekko w ramię.





W końcu nadeszła nasza kolej do kupowania biletów.
- Dwa na dom strachów. - powiedział.
- Ale Liam, patrz tam jest taka fajna karuzela, możemy iść na nią zamiast do domu strachów. - powiedziałam pokazując na dziwną "karuzelę".

 - Nie skarbie, idziemy do domu strachów. - wraz z jego słowem "skarbie", poczułam motylki w brzuchu.
W końcu po jego długich namowach, weszłam do budynku. Poczułam jak ktoś dotyka mojej ręki na co pisnęłam. Po chwili coś zaczęło jeździć o moje nodze na co odskoczyłam. Popatrzyłam wściekłym spojrzeniem na Liama który miał ze mnie ubaw. Odwracając się, przed moimi oczami wyskoczyła kobieta z rozciętą twarzą. Z piskiem wtuliłam się w Liama.
- Tylko się nie posikaj.- klepnęłam go, zła za to że zamiast iść szybkim krokiem do wyjścia, ten stoi i śmieje się ze mnie.
- Ale to jest zabawne. - posłał mi niewinny uśmiech.
Po pół godzinie moich tortur i jego śmiechów, wyszliśmy z tego przeklętego miejsca.
- Chodź kupię ci watę cukrową na poprawę humoru. - powiedział a ja lekko się uśmiechnęłam na myśl o wacie cukrowej w moich ustach.
- Liam. - powiedziałam słodkim głosem.
- Tak? - odwrócił się w moją stronę.
- A kupisz mi niebieską? - popatrzyłam na niego na co on się zaśmiał.
- Kupię. - uśmiechnął się tym pięknym uśmiechem, pod którym się rozpływam. Tak, zdecydowanie wolę jego uśmiech niż jakąś tam watę cukrową.
Po dwóch godzinach dobrej zabawy w wesołym miasteczku, Liam postanowił zabrać mnie w miejsce, które dużo dla niego znaczy. Wsiedliśmy do jego samochodu i odjechaliśmy.
Po 10 minutach jazdy dojechaliśmy pod budynek który wyglądał jakby miał się zaraz zawalić.
- Jesteś pewien że to się nie zawali?



- Tak. - zaśmiał się z mojej miny. Niepewnie weszłam za nim do środka.
W wewnątrz wyglądało to dużo gorzej, niż na zewnątrz.
Wszystko było zniszczone. W dodatku śmierdziało tu stęchlizną.
- Jeszcze trochę. - powiedział patrząc się na mnie.
-Okej. - powiedziałam zatykając nos.
- Jesteśmy. - powiedział wychodząc na polanę. Podeszliśmy do ławki, usiedliśmy na niej
a moim oczom ukazał się piękny widok.
- Tu wszystko się zaczęło. - powiedział.
- Opowiedz mi. - zachęciłam go, chciałam znać historię z jego życia.
Około 30 minut Lima opowiadał mi o tym, jak zaczął, co go do tego skłoniło i takie podobne.
Gdy mówił, nie mogłam oderwać od niego oczu. Piękne oczy, te wszystkie tatuaże, cały on.

IDEAŁ.

Gdy skończył, ja opowiedziałam mu o sobie, a następnie opowiadaliśmy sobie różne,
zabawne historie z naszego życia, co chwilę wybuchając śmiechem.

Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, nagle Liam pociągnął lekko za mój naszyjnik, złączając nasze usta.




---------------
 TEKST KURSYWĄ TO JEJ WSPOMNIENIA ;))

-----------------
mamy 14 ^^
przepraszam że tak długo ale wena mnie opuściła, 
co chwilę coś zmieniałam po czym wszystko usuwałam...
myślę że następny pójdzie mi szybciej ;))


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz